Sukces dziełem przypadku!

16
Cze
2017

18985377_1420085778037492_1805623295_n

Czasami pełni rozważań nad własnym życiem, buszując po internecie oglądamy zdjęcia i materiały na temat milionerów, celebrytów, biznesmenów i ogólnie ludzi odnoszących sukcesy. Zastanawiamy się wtedy jak to się stało, że im się udało a nam nie, bo przecież każdy mógł wpaść na taki pomysł. Nie chcę rzucać utartymi sloganami, że wyłącznie ciężką pracą można coś w życiu osiągnąć, bo nie oddają one w pełni rzeczywistości. Osobiście znam mnóstwo osób ciężko pracujących na sukces jednak z różnych powodów nie potrafiących go osiągnąć. Ja za kogoś kto odnosi sukces się nie uważam, choć często słyszę to słowo ze względu na ostatnie wydarzenia w moim życiu. Wam drodzy czytelnicy pragnę przybliżyć moją historię…

18982989_1420085724704164_1673523876_n

Sztuką barmańską przez duże „Sz” zajmuję się od niedawna, choć w samej branży pracuje niemal od osiągnięcia pełnoletności. Moje życie jako barmana obfitowało we wszystko to co jest charakterystyczne dla tej branży: ucinane wypłaty, brak stabilizacji, brak docenienia przez przełożonych oraz moja ulubiona zawiść ludzka kwitująca jakąkolwiek inicjatywę rozwoju z mojej strony, ot uroki starej „dobrej” polskiej gastronomii. Pomimo wszystkich niedogodności jakoś w tym trwałem, bo kochałem ten zawód, pasjonowałem się nim. Jednak jak w życiu każdego z nas przyszedł moment zwątpienia, zwątpienia które na krótki okres zaprowadziło mnie do branży sprzedaży telefonicznej w domu maklerskim. Pracując tam czułem, że czegoś mi brakuje, dosłownie brakowało mi wszystkiego związanego z barem:  rozmów z gośćmi, kreatywności związanej z tworzeniem koktajli. Ba! Nawet dźwięku shakerów. Postanowiłem wrócić i co? I oczywiście świeżo po powrocie w nowym miejscu pracy zostałem oszukany,aaach moja gastronomio… Zrezygnowany nie wierzyłem, że kiedykolwiek uda mi się w tym zawodzie trafić do miejsca innego niż wszystkie. Aż tu pewnego dnia zobaczyłem ogłoszenie w sprawie pracy z miejsca moich marzeń, czyli Kity Koguta. Wcześniej również próbowałem swoich sił, wysyłając aplikację do dobrych koktajlbarów, ale bezskutecznie. Postanowiłem spróbować ostatni raz… I się udało!

Przygodę z Kitą zacząłem we wrześniu ubiegłego roku, od początku chłonąc wiedzę przekazywaną mi przez Kogutów. Wiedziałem, że to moja jedyna szansa, teraz albo nigdy. Po pewnym czasie znalazłem w internecie informację o warsztatach „World Class”, pomyślałem „co mi szkodzi?”, pójdę i posłucham. Tam po raz pierwszy dowiedziałem się kiedy startuje cały konkurs i jaką ma formę. Nie chciałem startować bo uważałem, że to jeszcze zbyt wcześnie, ciągle dopingowany przez Adama Grądziela, szukałem wymówek by tego nie robić. Aż wreszcie pomyślałem sobie „no nic… spróbuje” i tak pewnie się nie uda, ale przynajmniej nie będę mógł sobie nic zarzucić. No i… udało się… Kiedy dowiedziałem się, że jestem w półfinale w mojej głowie trwała wojna radości z przerażeniem, bo przecież nigdy nie startowałem w konkursie barmańskim na taką skalę. I tutaj właśnie pojawił się element ciężkiej pracy. Mało sypiałem, non stop rozmyślałem, kombinowałem, dopytywałem, wszystko po to, żeby nie przynieść sobie i Kicie wstydu. Do tej pory pamiętam sms-a od Adama w którym napisał „Trzymam kciuki. Rozluźnij się. I sięgaj po marzenia!”. Osiągnąłem dużo więcej niż, tylko brak kompromitacji, wszedłem do finału, powoli czując pozytywne uzależnienie od sukcesów.

18983246_1420086111370792_6568461_n

Finał to już zupełnie inna historia, poświęciłem mu wszystko co mogłem. Zaangażowałem w niego znajomych, którzy mi pomogli, wiedziałem, że to jest mój moment, że chcę poczuć tą falę ciepła towarzyszącą sukcesowi choćby ten jeden ostatni raz. Przy wyczytywaniu wyników stojąc na scenie z Januszem, któremu serdecznie gratuluję wygranej, serce biło mi nieubłaganie. Przy okazji czułem również ulgę, że już po wszystkim, ale jakiś głos w mojej głowie jednak mówił, że to moja dłoń powędruje w górą na znak zwycięstwa. No cóż nie udało się… Tylko drugie miejsce w Polsce… Ale mimo wszystko, nieźle jak na chłopaka, który jeszcze 3 lata temu nalewał Cuba Libre lub piwo, co nie?

Mój start w World Classie był dziełem przypadku. Przypadkiem trafiłem na ogłoszenie o pracę, przypadkiem na warsztaty, a zgłoszenie wysłałem, żeby mieć spokój ducha. Czy tego chcemy czy nie, życiem rządzi przypadek, nasza rola polega na tym, aby dołożyć do niego ciężką pracę, która być może nie zagwarantuje nam sukcesu, ale z całą pewnością niesamowitą przygodę. Której i wam życzę! Pjona!

Na koniec pragnę podzielić się koktajlem, który pozwolił mi przeżywać te niesamowite chwile:

„The Swizzle of my life”

19206112_1429809927065077_556928143_n

40 ml Ketel One Vodka

20 ml Wino ryżowe własnego wyrobu

40 ml Świeży sok z jabłek „Ligol”

15 ml Syrop Musztardowy własnego wyrobu

10 ml soku z limonki

Wszystkie składniki wlewamy do ceramicznego naczynia, zasypujemy kruszonym lodem i swizzlujemy. Dekorujemy suszonym plastrem jabłka, jadalnym fiołkiem i szyszką z ryżu preparowanego na boku. Voila!

Jako bonus umieszczę również przepis na syrop musztardowy:

360 ml octu winnego

120 ml świeżej białej gorczycy

3 łyżki cukru

1,5 łyżeczki soli

0,5 l syropu cukrowego (1:1,5)

Do garnka wlewamy ocet, wsypujemy cukier, sól i podgrzewamy do momentu rozpuszczenia. Gorącym octem zalewamy ziarna gorczycy i pozostawiamy na godzinę. Następnie mieszankę długo blendujemy z syropem cukrowym, by na koniec przecedzić ją przez sito oraz tetrową pieluchę. Gotowe!