Kita Boys

04
Paź
2016

img_1434

Ostatnio zauważyć mogliście na kogucim funpage’u liczne publikacje na temat marzeń.

Nas też  tam nie zabraknie. Marzenia często definiuje się jako pragnienie nieosiągalne. Gdy w naszym zasięgu znajdzie się obiekt pożądania przestaje być marzeniem. Jakież to niesprawiedliwe. Kita Boys wyznają zgoła inną zasadę – marzenia są po to, aby się spełniały. Na tym schemacie przeprowadziliśmy  już wiele doświadczeń i powiemy Wam otwarcie – to działa.

Westchnienia tym razem skierowaliśmy w inną stronę niż bar. Zapragnęliśmy nasycić się wolnością i przeżyć przygodę, która będzie początkiem wielkiej pasji.

W okolicach południa zebraliśmy serię kopniaków „na szczęście” od koguciej ekipy i wyruszyliśmy w podróż, na naszych jednośladowych rumakach.  W pamięci mamy wszystkie nasze Kitowe wypady całą ekipą, ale tym razem przygoda dotyczy nas dwóch. Postaramy się godnie reprezentować pierzaste stadko.

W planie mieliśmy dojechać do Trójmiasta, skąd prom przetransportować miał nas na ziemie wikingów. Czasu mieliśmy aż nadto – przynajmniej w założeniu. Postanowiliśmy więc odwiedzić  Główną Osobową i zaśpiewać „sto lat” Farothowi, a także zbić piąteczkę z gdańskim Pixelem. W pierwszych wersach wspomnieliśmy o wolności, więc musiało dojść do modyfikacji. Przejeżdżając przez Iławę zostaliśmy odznaczeni orderem Bar School przez Rafała Ciesielskiego i pobłogosławieni w dalszej drodze.

Nie wiedzieć czemu, plan zakładający sielankę co 50 km, urodzinowe party i lenistwo na Trójmiejskiej plaży przed wypływem okazał się fiaskiem. W rezultacie nie zdążyliśmy się już zatrzymać nigdzie, a przez bramki portu przejechaliśmy 20 minut przed odpływem promu. Wypompowani z sił, nasyciliśmy apetyt szwedzkimi klopsikami zakrapianymi symboliczną ilością Aquavitu oraz widokiem odbijającego się od morza księżyca.

zdjecie-25-08-2016-00-42-35

Z samego rana wyruszyliśmy do Sztokholmu. Wczorajsza jazda nauczyła nas pokory. Dzisiaj zamierzony dystans ponad 500 kilometrów pokonamy w innym stylu – przynajmniej z założenia. Nie minęła godzina, a my znów na przerwie. Powód nie był błahy. Nie nastawialiśmy się wyłącznie na dźwięk silników i wzrok wbity we wskazówkę prędkościomierza. Przekonujący na tyle, żeby się zatrzymać okazał się szyld „lantkok” i duże jezioro otoczone lasem i wielkimi, nagrzanymi od słońca głazami. Na owych kamulcach odbywała się siesta po regionalnej uczcie.

img_1657

img_1659

img_1656

Sztokholm nie zabrał nas na długo. Nim się obejrzeliśmy, znaleźliśmy się na pokładzie kolejnego promu. Kurs – wyspa Gotland. Ten kawałek ziemi był celem naszej eksploracji. Gdy tylko koła dotknęły lądu udaliśmy się na północ na najdalej wysunięty fragment wyspy, do którego –jak się okazało po 100 km – trzeba było dopłynąć – nie zgadniecie – kolejnym promem. Tu czas nagle się zatrzymał. Zdaliśmy sobie sprawę, że w dniu dzisiejszym nie pobijemy z pewnością rekordu dystansu, ale nie było to ważne. Przecinaliśmy drogami gęste lasy, skały porośnięte  zielonym, soczystym mchem, a co jakiś czas zza gałęzi i kamienia wychylało się do nas morze. Rozkoszowaliśmy się tą jazdą jeszcze przez jakiś czas. Wspaniałe uczucie kiedy znajdujesz się w grupie, mającej wspólny cel, choć w tym przypadku nie był szczegółowo określony, ale zarazem czas , który spędza się na motocyklu jest bardzo intymny. Rozmowa toczy się wyłącznie ze swoim wewnętrznym głosem. Od dialogu odciągała nas jedynie natura, ukazująca się w niezliczonych obrazach rodem z National Geographic.

img_1489

Nie mogliśmy wybrać lepszego miejsca na pierwszy obóz „na dziko”. Podczas stawiania namiotów i rozpalania ogniska przyświecały nam ostatnie promienie zachodzącego słońca. Zgraliśmy się świetnie. Kiedy nad nami błyszczeć zaczął wszechświat, my zajadaliśmy się gulaszem. W ekwipunku znalazła się również butelka jamajskiego rumu, którą udało się nam nielegalnie zakupić od jednego z miejscowych barmanów. Po kilku toastach Roti przykleił się do harmonijki i bluesowymi melodiami zakończył wieczór.

Następne dni toczyły się tym samym tempem. Na mapie buchniętej z promu para gadatliwych Szwedów zaznaczyła nam kilka miejsc, które warto zobaczyć i tego planu staraliśmy się trzymać. Zjechaliśmy całą wyspę od góry do dołu, zatrzymując się w co ciekawszych miejscówkach. Zwiedziliśmy ciągnące się kilometrami skaliste plaże, które mieniły się w różnych kolorach od licznych kałuż i małych jeziorek powstałych przez fale i deszcz, ale znacząco różniących się barwą w zależności od dna. Wystające przy brzegu olbrzymie głazy przypominały głowy posągów z Wysp Wielkanocnych. A może to tylko skojarzenia wywołane zbliżającą się inauguracją nowego koguciego projektu?

dsc_0151

img_1705

img_1719

Nawet podczas podróży motocyklowej na małej wysepce ciężko uciec od skojarzeń i myśli związanych z barem. Gdy pojechaliśmy zwiedzić ruiny dwunastowiecznego kościoła, natknęliśmy się na destylarnie whisky. Mieszkańcy wyspy Gotland mają ambicję aby stać się małym samodzielnym państewkiem, nic więc dziwnego, że chcą zapewnić sobie dostęp do „leczniczych” trunków.

img_1748

Szukając przytulnej kawiarni, gdzie moglibyśmy zjeść bardziej obfite śniadanie niż kiełbasy z ogniska i kawa z saszetki, trafialiśmy do baru inspirowanego kulturą TIKI.

img_1752

img_1753

Przypominamy, że te wszystkie atrakcje mają miejsce na wyspie, która w największej swej rozpiętości ma może 150 kilometrów, która jest skałą w większości porośniętą przez las. Co jakiś czas dojeżdża się do mniejszego miasteczka lub wioski i w takich miejscach pojawiają się właśnie takie kwiatki.

Niesamowita na tej wyspie okazała się otwartość mieszkańców. Ich ciekawość nie była łatwa do zaspokojenia. Pomimo pytań skąd jesteśmy i co nas tu sprowadza, niemalże każdy oferował nam pomoc lub służył dobrą radą. Być może troska ta była reakcją na widok naszych motocykli, które nie wyglądały na najlepiej przystosowane do długich podróży, ale przyjmijmy że płynęła z życzliwości. Gotlandczycy czują się u siebie na tyle swobodnie iż nawet muzeum motoryzacji posiadające w swej kolekcji eksponaty warte miliony, dzieliła od świata śmiertelników jedynie cienka ścianka drewnianej szopy. Nacieszyliśmy oczy widokiem zabytkowych jednośladów i „porszaków” z lat 50-tych. Ciekawostką okazała się też kolekcja rowerów, która wieloma drewnianymi elementami nawiązywała do estetyki prezentowanej przez nasze Się Kręci.

img_1768

Wyczerpujący dzień zmusił nas do poszukiwań miejsca na odpoczynek. Przywykliśmy jednak do pięknych widoków, więc nie rozważaliśmy postoju na parkingu przy drodze ekspresowej. Mamy skrzydła i chcemy latać wysoko. Mijając urokliwe miasteczko położone na skarpie nad Bałtykiem, dotarliśmy na skalisty szczyt, z którego rozciągał się przepiękny widok na wybrzeże Gotland.

img_1634Tu zdaliśmy sobie sprawę, że to kres naszej przygody. Nadszedł bardzo szybko. Mimo lekkiego wykończenia odczuwaliśmy smutek ze względu na podróż, która dobiega końca. Zaraz będziemy musieli załadować się na te wszystkie promy powrotne i opuścić Gotland i Szwecję. Pocieszające były myśli rodzące się w naszych głowach podczas tych licznych godzin spędzonych z samym sobą. Pod kloszem kasku każdy z nas obmyślał trajektoria kolejnej wyprawy. Omówione przy ognisku, zachodzie słońca, dźwięku harmonijki  możliwości i pragnienia są dowodem na to, że nie marzymy po to żeby marzyć, ale po to by tymi pragnieniami żyć. Z niecierpliwością czekamy na następny sezon. Wypatrujcie Kita Boys na horyzoncie…

Zobacz więcej w galerii „Kita Boys”

 

roti

www bocian profilowe kopiakuba